Klub Dumas – Arturo Pérez-Reverte (+ ekranizacja)

Książka, która próbuje być czymś, czym nie jest.

Taka myśl pojawiła się w mojej głowie mniej więcej pod koniec trzeciego rozdziału, by już do samego końca lektury odbijać się tam równomiernym, punktualnym jak śmierć, echem. Jeśli coś wam właśnie zazgrzytało (zupełnie niepotrzebny skok w literacki patos? tandetny, przewidywalny i niechciany, niczym prezent od nielubianej cioci?), to miłej zabawy w Klubie Dumasa – tam jest tego więcej.

38179_klub-dumas-1_400

Na podobieństwo wielu kobiet, w okresie dojrzewania zaliczyłam wściekle-intensywną, choć w sumie zgoła niewinną, a już na pewno w pełni zrozumiałą fascynację Johnnym Deppem (lata 2004-2006, mind you – czasy, gdy dźwięk tego nazwiska nie wywoływał jeszcze przykrego i niewytłumaczalnie wstydliwego uczucia zażenowania, do którego człowiek nie chce przyznać się nawet przed sobą samym). W procesie wchłaniania wszystkich, mniej lub bardziej udanych, produkcji z jego udziałem, dotarłam do Dziewiątych Wrót w reżyserii Romana Polańskiego. Do oceny filmu przejdę w dalszej części wpisu, wspominam jednak o tym, ponieważ to właśnie ekranizacja pchnęła mnie do sięgnięcia po książkę. Choć zwykłam działać odwrotnie, w tym przypadku, o fakcie istnienia literackiego pierwowzoru dowiedziałam się dopiero po obejrzeniu jego filmowej adaptacji.

Nie pamiętam już, jakie wówczas Klub Dumas zrobił na mnie wrażenie, ale przywołując w pamięci siebie sprzed około piętnastu lat, mogę zakładać scenariusz zgoła typowy: urzeczona filmem, podekscytowana tym, że znalazłam coś, co znacznie rozszerza jego perspektywę i – no, co by nie mówić – o połowę młodsza, zachwyciłam się lekturą na zasadzie „No bo wincyj Corsa!” – tak po prostu. Nie podejrzewam, żeby za tym zachwytem stało wtedy cokolwiek więcej, zwłaszcza, że mój dzisiejszy odbiór książki jest zupełnie inny (i, na pewno, o wiele bardziej złożony), ale nie ma sensu praktykować ostracyzmu na nastolatce, której głowę wypełniały wzorce zaczerpnięte z filmów Disney’a. Nawet jeśli w głowie kobiety wciąż, do pewnego stopnia, pozostają one obecne, Klub Dumas nie jest najbardziej fortunną okazją by się nad tym rozwodzić.

O ile bardzo spodobało mi się padające na 10 stronie stwierdzenie

Zbyt wielu ludzi wydaje dwustustronicowe opisy własnych wstrząsających przeżyć, doznanych podczas przeglądania się w lustrze.

(moje osobiste literackie praktyki postępują naprzód w boleśnie ślimaczym, okupionym obsesyjnym cyzelowaniem synonimów i przecinków, tempie głównie dlatego, że staram się zawczasu uchronić je przed podobną krytyką), o tyle przez sporą cześć lektury trzymałam się przekonania, że na owym cytacie z powodzeniem można zakończyć czytelnicze wysiłki. Książka ma nieco ponad 450 stron, a ja z natury jestem uparta. Żadna z nas nie wyszła na tych okolicznościach korzystnie… No, dobrze. Może trochę przesadzam. Uczciwie przyznam – objętości nie napompowała, w tym przypadku, woda lana bez sensu i pomysłu. Z punktu widzenia treści wszystko ma swoje miejsce, jest logicznie przemyślane i potrzebne. Tym, co szpeci Klub Dumas są tak naprawdę szczegóły: okraszone ledwie kilkoma błyskotliwymi spostrzeżeniami sterty wyświechtanych figur stylistycznych i banalnych zabiegów literackich, przerysowanych niekiedy tak dalece, że staje się to wręcz zabawne (bo jak inaczej określić sytuację, w której konsekwentnie kreowany na intelektualistę bohater przez dobre dwa rozdziały zachodzi w głowę co też mogą oznaczać inicjały L.F. w księdze spisanej przez spalonego na stosie heretyka – duh?). Może ktoś uzna, że się czepiam, ale, według mnie, jeśli porywasz się na pisanie powieści, w centrum której umieszczasz diabła, powinieneś siedzieć w temacie przynajmniej na tyle, żeby wiedzieć, że diabeł tkwi w szczegółach. W momencie, gdy staje się jasne, że autor ma potencjał (a patrząc na konstrukcję i intertekstualny wymiar fabuły wnioskuję, że Perez-Reverte jest autorem, który ten potencjał ma) to właśnie szczegóły zaczynają decydować o tym, czy książka jest warta honorowego miejsca w biblioteczce, czy, raczej, miejscówki na zbutwiałej półce w dworcowym kiosku.

W okolicy rozdziału ósmego mój stosunek do książki zaczął nieco zmieniać kurs. Bardziej na zasadzie pogodzenia się z rzeczywistością, niż przejścia od rozdrażnienia do zachwytu, ale jednak. Może dlatego, że wówczas przestałam już zwracać uwagę na wszystkie te przesadnie rozdmuchane i kreślone wyjątkowo ciężką ręką metafory. Tempo i spójność akcji stopniowo kompensowały niedociągnięcia na poziomie formy, a ja co raz częściej łapałam się na tym, że mój wzrok ślizga się po tekście ze szczerym zaciekawieniem. Podobał mi się również książkowy szkic, balansującego na krawędzi załamania nerwowego, bibliofila Fragasa. Jego ekranowy odpowiednik jest jednak – żal przyznać – do tego stopnia bez wyrazu, że nie byłam nawet w stanie z całą pewnością stwierdzić czy pojawia się w Dziewiątych Wrotach, dopóki nie odświeżyłam sobie filmu na potrzeby niniejszego wpisu. Jest to ledwie jeden z wielu zarzutów, jakie mogę wystosować pod adresem ekranizacji, ale o tym za chwilę.

Dotarłszy do końca, doszłam jednocześnie do wniosku, że mniej więcej 1/3 beznadziei, na którą zbroiłam się na początku, gdzieś wyparowała. Ponadto, nie znam hiszpańskiego, zdaję więc sobie sprawę, że za moim odbiorem powieści może stać kiepska praca tłumacza. Być może – ale nie musi. Jeśli ktoś zechce naświetlić mi jak przedstawia się kondycja oryginalnego tekstu, będę zobowiązana, bo opierając się wyłącznie na tym, co dla mnie dostępne, mogę jedynie stwierdzić:

It-is-What-it-is-1.png

Książka posiada, dwa paralelne zakończenia. Pierwsze uważam za świetne, z gatunku tych, które dają czytelnikowi prztyczka w nos i po mistrzowsku  sprowadzają napięcie do poziomu oh, silly I. Bardzo żałuję, że, ze względu na konstrukcję powieści, autor nie mógł na nim poprzestać – wyszłoby to z ogromną korzyścią dla tekstu. Zakończenie #2, czy też, to „właściwe”, jest, zasadniczo, przewidywalne, no, ale jeśli pokierowało się wątkami w taki, a nie inny sposób, cóż lepszego można było zrobić?

Reasumując, jestem na „tak” jeśli chodzi o sam pomysł na fabułę i, o wyjątkowo umiejętne przesterowanie ciężaru treści w przedostatnim rozdziale w taki sposób, że nawet to, co wcześniej wydawało mi się do bólu tandetne, w pewnym stopniu zyskało swoje uzasadnienie. Razem, nie więcej, niż 5 / 10, bo nijak nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest to, mimo wszystko, „literatura dyskontowa”.  Powodu, żeby zasiąść do książki  po raz trzeci raczej nie znajdę, a choć jej zakup zdążyłam już przeboleć, przy najbliższej sposobności chętnie oddam do adopcji. Choćby po to, żeby zrobić miejsce dla jakiejś bardziej wartościowej pozycji, a tych mam w planach całkiem niezły zbiorek. Tak, czy inaczej, z panem Perezem-Revertem zapewne jeszcze się spotkamy, jako, że od lat obiecuję sobie obejrzeć ekranizację Kapitana Alatriste‚a. Kto wie? Może będzie lepiej?

Jeśli natomiast chodzi o spotkania z panem Polańskim…

* * *

6900089.3

O wpływie, jaki miał na mnie Pianista mogłabym rozprawiać długo i zapewne, kiedyś tak właśnie zrobię (próbuję powiedzieć, że, obiektywnie, nie uważam Polańskiego za złego reżysera), ale Dziewiąte Wrota stanowią dla mnie przykład jednej z tych ekranizacji literackich, których absurdów nie można usprawiedliwiać etykietkami „na podstawie” czy „adaptacja”.

Zacznę od małej dygresji: ze względów zdrowotnych jestem od pewnego czasu niewierzącą, acz praktykującą wegetarianką (taką a’la Penny *: „Nie jem mięsa, ale kocham steki”). Jednak, choć, wykazuję się obecnie pewną dozą liberalizmu w stosunku do pełnoetatowych wegetarian tudzież vegan, (a praktykę niejedzenia mięsa przestałam klasyfikować jako ewidentny objaw choroby psychicznej), nasuwa mi się jedno porównanie: jeśli robisz ekranizację Klubu Dumas pomijając wątek Dumasa wykazujesz się logiką na poziomie nazywania tej czy innej warzywnej pasty smalcem (i nie, żebym planowała z tego tytułu jakąś internetową krucjatę).

Teraz, gdy Depp dobił już do wieku, w którym mógłby zagrać Corsa bez postarzającej charakteryzacji, widać wyraźnie, że mimo okularków, zarostu i przyprószonych siwizną skroni, był wówczas bardzo młodziutki. Jestem gotowa posunąć się nawet do stwierdzenia, że robi wrażenie chłopca przebranego na Halloween. Zaburza to nieco powagę filmu, ale nie ma w sumie większego znaczenia (czytając książkę i tak nie byłam w stanie wyrobić sobie innego, niż ten Deppowski, sensu stricte, wyobrażenia Corsa). Inaczej ma się, natomiast, kwestia żeńskiej części obsady. Lena Olin już wtedy była zdecydowanie zbyt dojrzała do roli Liany T., podobnie jak, wciśnięta mam wrażenie na siłę, żona Polańskiego w roli Dziewczyny (tutaj, mimo wszystko, ukłon dla scenarzystów za pominięcie nawiązania do Kobiety, Która Pokonała Sherlocka Holmesa, bo nawet w książce wydawało mi się ono mocno przesadzone). Liana była blondynką w moim wieku (choć raczej nie mojej postury) i na nią, w trakcie lektury, skutecznie nałożyła mi się Eva Green w wersji z Mrocznych Cieni Tima Burtona. Natomiast w postaci granej przez Emanuelle Signer, z punktu fizjonomii, zabrakło wszystkiego, czym była w książce… I, co, do ciężkiego licha, jest z tą manią zmieniania koloru włosów?! Jak ja tego nie cierpię. Jeszcze tylko brakuje, żeby Netflix odstrzelił rudego Geralta… No dobra, akurat ten żart przestał być śmieszny w momencie, gdy do internetu przeciekła informacja o tym, że Pani Naczelna od castingu planuje czarnoskórą Ciri… To, co prawda, rzecz warta osobnego wpisu, ale już teraz zaznaczam: czarnoskóra Ciri in – I’m out. I podejrzewam, że nie tylko ja. Rasistką nie jestem, ale kanoniczną purystką owszem – i jestem z tego dumna.

But, I digress. Znowu.

Depp wykreował Corsa bardzo dobrze. Wyraźnie widać, że był to czas, kiedy jego własna manieryczność nie zdążyła jeszcze przygnieść go na tyle, żeby wydawał się tak do bólu przerysowany, jak ma to miejsce w Mordecai, sto czterdziestej ósmej części Piratów z Karaibów, czy we wspomnianych już Mrocznych Cieniach. W półuśmieszkach i komicznej niekiedy mimice Deana Corso jest nawet coś ujmującego (i, w sumie, zgodnego z treścią książki). Sam film, natomiast… Odniosłam wrażenie, że zaczął się z wysokiego C. a potem było już tylko słabiej i słabiej. Zakończenie (z racji pominiętego wątku Dumasa, o czym już wspominałam) mogło być tylko jedno, a i tak zostało przerobione. Kwestia gustu, choć mnie akurat bardziej podobała się wersja z książki. Ten Corso, który ostatecznie okazuje się ludzki sprawia, że historia zyskuje mocne podbicie, które w filmie zastąpione zostało typowo hollywoodzkim (nawet jeśli jest to produkcja Francusko-Hiszpańska) zjazdem do poziomu bajki. Kiepskiej zresztą. Takiej w typie gore Braci Grimm. A ponieważ moją polityką na to miejsce jest nie zdradzać większej ilości szczegółów na temat fabuły, niż absolutnie konieczne, na tym poprzestanę.

6 / 10, bo niezależnie od tego, czy modyfikacje, których dokonano na potrzeby ekranizacji przypadły mi do gustu, czy też nie, przyznać muszę, że całość wyszła zgrabnie – miejscami o wiele zgrabniej, niż książka.

A na koniec, małe co nieco – for old times sake.  ninthgate

Thin Nacreous


* Penny – Postać z serialu Teoria Wielkiego Podrywu (The Big Bang Theory)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s